Wyjazd tradycyjnie spod ratusza kilka minut po 10. W pierwszej kolejności skierowaliśmy się do lasu na Słocinie gdzie odłączyli się od nas Beniu i jego kolega. Następnie na magdalenkę, gdzie panowie dzwoniący dzwonami sobie nas pokazywali palcami bo ostatnio też byliśmy tam jak oni dzwonili ;) Następnie grzbietem i w lewo na zjazd. Przy prędkości +/- 40km/h przeskoczyłem nad rowem w poprzek drogi ;| Totalne zaskoczenie... Tu zdarzył się też mały crash jednak na szczęście nic się nie stało. Zebraliśmy się i wjechaliśmy do lasu i próbowaliśmy się przedrzeć do Kraczkowej. Wyjechaliśmy w Albigowej ale było OK :D Las - świetny ;) Teraz asfalt do Łańcuta i pałacowe alejki ;) Powrót nie należał do najprzyjemniejszych. Mieliśmy pod wiatr i cały czas asfaltem. No - prawie cały czas bo Artur wymyślił ścieżkę i darliśmy przez chwilę polami a później się wróciliśmy (było fajnie). W Strażowie dowiedzieliśmy się, że nasi dostali w d 3:0. Skończyło się tak, że znaleźliśmy się w Malawie i stamtąd do Rzeszowa i do domku :)
Pogoda rowerowo pozytywna więc wyruszyłem na mały, samotny sprincik ;) Na Matysówkę od strony Słociny za hacjendą nawrót i w dół zjazdem, który pokazał mi (nam) Jacek. Później przez Zalesie i bulwary do domu.
Coniedzielna wycieczka z wyjątkowo dużą liczbą ludności i piękną, jesienną pogodą ;) Wyruszyliśmy tradycyjnie spod ratusza po 10.00 i skierowaliśmy się na Boguchwałę (tu spotkanie z trzema sarenkami). Za Boguchwałą a konkretniej zaraz przed skrętem na Lubenię odbiliśmy w prawo gdzie czyhała na nas bardzo stroma serpentynka ;) Wydarliśmy na samą górę i rozpaliliśmy ognicho (Jacek zakupił wszystkim kiełbaski hehe). W między czasie Piotrek zaliczył OTB do rowu ;) Stamtąd super zjazd do Mogielnicy (Piotrek - gleba ...znowu) i znów do Boguchwały na kładkę. Później 'ucieczka' na odcinku Budziwój - Rzeszów i tradycyjnie siedzonko na scenie ;) Na koniec umyliśmy rowerki. Wypad zaliczam do bardzo udanych.
Świetna terenowa trasa z koleinami, 'ekstremalnymi' ;) zjazdami i podjazdami ;P Nie obyło się bez gleb kolegów a zwłaszcza Daniela (jedna dość hardcorowa). Później zapierdzielanie za ciężarówką 55km/h po płaskim i czekanie na resztę z Dominikiem (niestety się nie doczekaliśmy)